1 sierpnia 2013

064

Dzisiaj pierwszy dzień kolejnego miesiąca, więc postanowiłam przyspieszyć publikację rozdziału. Na pewno czekacie na pojawienie się chłopaków z Tokio Hotel, więc to lepiej dla Was. Czekajcie cierpliwie do rozdziału sześćdziesiątego siódmego!
____________________

Podczas śniadania towarzyszyła nam dość ożywiona atmosfera spowodowana właśnie moją chęcią pozostania w Breydin oraz chęć taty w niesieniu pomocy przy budowaniu zagrody. Dyskusja trwała ponad pół godziny, ale w końcu doszliśmy do porozumienia. 
- Dzisiaj pojedziecie po to drewno i wieczorem do tartaku, aby to zamienili nam na deski, a jutro z samego rana zaczniecie budować. Jeśli zdążycie, to bardzo dobrze, a jeśli nie, zostaniecie jeszcze do środy, żeby wszystko to zakończyć - babcia wydawała polecenia jak jakiś kapral w wojsku, ale podobało mi się to, gdyż uwzględniła w tym planie mnie. - Skoro Carrie chce spędzić trochę czasu na świeżym powietrzu, to jako jej babcia, uważam, że powinna zostać tu jak najdłużej to możliwe. Nie wiadomo, kiedy następnym razem nas odwiedzicie, a dziewczyna zadusi się w końcu w tym mieście.
Mama spojrzała na tatę, który, odrobinę zdziwiony, posłał jej uśmiech i pokiwał głową w geście zgody. Moja radość była przeogromna, ale nie dawałam tego po sobie poznać, ze względu na obecność Lucasa. Mimo wszystko, trochę się go wstydziłam i nie chciałam wyjść na idiotkę.
Postanowiłam wykonać pierwszy krok w stronę mojego, choćby minimalnego udziału w tworzeniu czegoś dla dziadków, chociaż lepiej byłoby nazwać to pracą dla zwierząt…
- A czy mogłabym pojechać z wami do lasu? Chciałabym poszerzyć horyzonty! Nigdy nie widziałam pracy w lesie, czy nawet w gospodarstwie. To drugie już zaliczyłam, więc chciałabym też to pierwsze… - mówiłam, jakbym chciała się podlizać. W sumie to chyba tak właśnie było.
- Co?! - mama aż pobladła. - Chyba sobie żartujesz! Nie będziesz chodzić po lesie, gdzie chodzą mężczyźni z siekierami, piłami i Bóg wie jeszcze z czym! 
- Mamo! Nie będę przecież plątać im się pod nogami! - oburzyłam się. - Będę tylko stać z boku i patrzeć się, co robią!
- A po co ci to wszystko?! 
- Żeby mieć jakieś wspomnienia! Kiedy ostatni raz byłam na wsi? - zadałam pytanie, które pozostało oczywiście bez odpowiedzi. - Nawet nie pamiętasz kiedy, bo ciągle siedzę w mieście i nie mam szans na zyskanie jakichkolwiek doświadczeń. Nawet tego, jak wygląda karma dla kur nie wiedziałam, tylko Lucas musiał mi powiedzieć. To jest po prostu żenujące. Możesz sobie mówić, że zachowuję się jak rozkapryszone dziecko, ale ja po prostu jestem ciekawa!
Nastała chwila ciszy, podczas której mama próbowała chyba przemyśleć jeszcze raz całą tę sytuację; ja natomiast próbowałam się uspokoić, bo naprawdę się trochę zdenerwowałam. Mama traktował mnie jak dziecko, którym nie byłam. Prawie osiemnaście lat, a ona wciąż martwiła się o to, czy jestem ciepło ubrana, kiedy na dworze pada śnieg, a ja wychodzę na spacer. Może czasami i była w porządku, kiedy puszczała mnie bez słowa na jakąś imprezę, ale gdy w grę wchodziło coś ryzykownego, adrenalina, wtedy robiła problemy.
- Philip, co o tym sądzisz? - zwróciła się do taty i już miałam pewność, że się zgodziła.
Za każdym razem, kiedy mama nie miała już żadnych argumentów, które mogłaby wykorzystać przeciwko mnie, pytała o zdanie tatę, który, nie mając żadnych sprzeciwów, zgadzał się na wszystko. Możliwe też było, że nie chciał zadzierać z córką, bo wtedy miałby przechlapane.
- Myślę, że Carrie powinna zdobywać nowe doświadczenie - powiedział tylko, a ja uśmiechnęłam się szeroko.
- Jak zawsze musisz się na wszystko zgadzać - prychnęła mama i obrażona wyszła z kuchni. 
- Z dwojga złego wolę wściekłą żonę, niż wściekłą córkę - powiedział do dziadka tata i wrócił do popijania kawy i spożywania tostów.

Ubrana w stare ubrania, które babcia znalazła na strychu, czyli stare, wytarte jeansy, trochę za dużą koszulkę, flanelową koszulę, którą włożyłam w spodnie, kalosze na grubej podeszwie, bezrękawnik i czapkę z daszkiem, pod którą schowałam włosy, byłam gotowa do wyprawy do lasu. Mama, wciąż naburmuszona na tatę i zła na mnie, że mam szalone pomysły, patrzyła, jak pakuję się razem z tatą i Lucasem na przyczepę, która była przyczepiona do ciągnika, który prowadził dziadek. Pomachałam jej na pożegnanie i posłałam uśmiech mówiący ,,nie martw się o mnie, nic mi się nie stanie”. Niechętne, ale odwzajemniła uśmiech i patrzyła w naszą stronę aż do momentu, kiedy zniknęliśmy za zakrętem. 
Droga do lasku, w którym mieliśmy dokonywać ścinki drzew, była dość prosta, bez żadnych dołków, czy tym podobnych kolein. Zakrętów prawie w ogóle nie było, więc łatwo można było zapamiętać trasę. Po drodze podziwiałam krajobrazy pełne łąk, pól i zielonych lasów. Wieś wyglądała naprawdę przepięknie, a do tego koniec marca był bardzo ciepły, toteż sprzyjało to rozwojowi wszelkim zbożom, czy co tam innego rosło teraz w tej glebie.
Po półgodzinie dotarliśmy na miejsce. 
- Bierzemy te cztery brzozy, tylko gałęzie od razu obcinamy, żeby się nie ciągnęły po ziemi - zarządził dziadek. - Carrie, jeśli chcesz się na coś przydać, to będziesz te gałęzie obcinać siekierą - wskazał na średniej wielkości przyrząd, który od razu chwyciłam w dłonie. - Tylko nie mów nic mamie - uśmiechnął się i puścił oczko. Odwzajemniłam gest i kiwnęłam głową.
Dziadek jeszcze przydzielał zadania tacie i Lucasowi, po czym wszyscy zabrali się do pracy. Na początku stałam i czekałam, aż coś się zacznie dziać, gdyż nie wiedziałam, co innego mogłabym akurat robić. Obserwowałam mężczyzn, którzy brali w ręce wielkie siekiery, o wiele większe od tej mojej miniaturki, i na zmianę całą siłę wkładają w to, aby przerąbać pień. Brzoza szybko uległa i po jakimś czasie już leżała na ziemi, a ja podbiegłam i obcinałam gałęzie, zgodnie z poleceniem seniora. 

Kiedy mieliśmy całą przyczepę drzewa, skierowaliśmy się do tartaku, do sąsiedniej miejscowości, która krajobrazem przypominała Breydin. Praca w lesie zajęła nam ponad trzy godziny; niemalże nie czułam dłoni, mimo, iż miałam rękawice. Pytałam Lucasa o to, jak długo będziemy musieli czekać, aż w tartaku zrobią dla nas z brzóz deski.
- Myślę, że dostaniemy je dopiero jutro rano. Chyba, że twój dziadek poprosi Langera o to, aby zrobili to szybciej - wyjaśnił, a ja potaknęłam głową na znak, że rozumiem.
Langer to mężczyzna, pięćdziesięciolatek, który zajmował się stolarstwem i miał własny tartak, którego udostępniał do użytku publicznego i za drobną opłatą zamieniał drzewa w ładne deski, a potem, na ewentualne życzenie, deski zmieniał w prawdziwe dzieła sztuki meblarskiej. Lucas mówił, że prawie wszystkie meble, które stoją w domu dziadków, są właśnie dziełami Langera. 
Byliśmy w tartaku w ciągu pół godziny i dziadek wraz z tatą ustalali szczegóły odbioru drzewa. Ja z Lucasem zostaliśmy przy ciągniku i rozmawialiśmy o moim nagłym zainteresowaniu gospodarstwem.
- Nawet nie myślałem, że dziewczyna z miasta może tak bardzo chcieć pomagać na roli - powiedział szczerze. - Zaskoczyłaś mnie.
- Pozytywnie czy negatywnie? - spojrzałam na niego niepewnie. Co jak co, ale chciałam wywrzeć na nim dobre wrażenie. W końcu był chłopakiem. Przystojnym chłopakiem. Przystojnym chłopakiem bez dziewczyny…
Nie! Stop! Mam Toma!
- Jak najbardziej pozytywne - usłyszałam odpowiedź i ujrzałam piękny uśmiech wykwitający na jego twarzy. Lubiłam, kiedy się do mnie uśmiechał. - To bardzo dziwne i rzadko spotykane, kiedy dziewczyna z miasta bierze siekierę i rąbie drwa. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
- To teraz masz okazję zobaczyć - odwzajemniłam gest.
- Bardzo przyjemny widok.
Rozmawialiśmy jeszcze tak o niczym przez jakiś czas, dopóki dziadek z tatą nie wrócili i nie kazali nam się przesunąć. Okazało się, że deski będziemy mieć dopiero wieczorem, ponieważ wszyscy mają urwanie głowy. Dziadek oznajmił Langerowi, że odbierze towar rano, skoro nic innego zrobić się nie da. Nie pozostało nam nic innego, niż wrócić do domu.

Znowu nie miałam do roboty nic, co można by nazwać czymś ciekawym. Pogoda się popsuła i było bardzo pochmurno. Chyba szykował się deszczowy dzień. Przebrałam się więc w swoje ciuchy, czyli spodnie, koszulkę i bluzę, wzięłam z pokoju aparat i poszłam do zwierząt, aby zrobić im zdjęcia, które miałam wysłać przyjaciółce wraz z odpowiedzią na jej ostatnią wiadomość. Zapytałam Lucasa, czy zechce mi towarzyszyć w takim małym spacerze, a ten chętnie się zgodził, mówiąc, że z przyjemnością spędzi ze mną jeszcze trochę czasu, skoro już niedługo wyjeżdżam do Berlina.
Właśnie, wyjazd.
To się zbliżało wielkimi krokami, jednak nie brakowało mi stolicy. I tutaj wielkie zdziwienie, ponieważ w Polsce codziennie myślałam, jak to by było super wrócić z powrotem do rodzinnego miasta, a teraz? Wolę siedzieć na wsi i robić zdjęcia zwierzętom, niż spędzać czas z przyjaciółmi. Ale teraz jest całkiem inna sytuacja. Przecież w Polsce nie było Toma, nie zakochałam się w nim po uszy i nie miałam z nim nie wiadomo jakich relacji. Tam był spokój, a tutaj… tutaj jest po prostu niesamowicie. Czsami dobrze, a momentami tak okropnie, że nawet nie chce się żyć. Jednak zdecydowanie wolę szalony Berlin, w którym nie wiem kiedy mam wahania nastrojów, niż nudną Polskę z niczym wartościowym, Co innego Breydin. Tutaj jest po prostu niesamowicie i aż chce się tutaj wracać za każdym razem, a nawet w ogóle stąd nie wyjeżdżać. Nawet mogłabym tutaj zamieszkać na stałe. Mając dziadków i przede wszystkim Lucasa, można byłoby spędzić tu całe życie.
- O czym myślisz? - usłyszałam pytanie Lucasa, kiedy zamyślona wyszłam z domu na deszcz i kierowałam swoje kroki do koni.
- O tym, jakby to było, gdybym tutaj zamieszkała na stałe - powiedziałam szczerze, na co on uniósł brwi w geście zdziwienia i niedowierzania.
- Naprawdę myślisz o tym, żeby tu zamieszkać?
- A dlaczego nie? Przecież tutaj jest cudownie.
- Jedynie dla przyjezdnych. Dla stałych mieszkańców nie ma tutaj nic godnego zainteresowania. Zwykła dziura i tyle. Nie ma co robić, a jedyną rozrywką jest wyjście do pobliskiego miasteczka do sklepu, kiedy w domu skończy się chleb albo masło. Nie pakuj się w to, dobrze ci radzę - powiedział poważnie.
- Nie przesadzasz? Przecież są tutaj piękne krajobrazy, świeże powietrze. Zawsze ludzie z miasta doceniają możliwość spędzenia reszty życia na wsi. 
- Dobrze powiedziane, ludzie z miasta. Ale dla stałych mieszkańców, jak mówiłem, nie ma tutaj nic dobrego. Większość czasu to tylko i wyłącznie praca, od której można dostać świra. Codziennie to samo: wstajesz rano, dajesz jedzenie zwierzętom, potem chwilę odpoczywasz, a po godzinie znowu jakaś praca się znajdzie i znowu musisz tyrać na słońcu albo w deszczu. Jedyną porą roku, w której rolnik ma możliwość, aby odpocząć to zima, ponieważ wtedy na polach nic nie ma - Lucas był trochę oburzony, jednak starał się opanować zdenerwowanie. Widać było, że spędzenie całego życia na wsi jest czymś, czego nie chce. - Chciałbym się stąd wyrwać najszybciej, jak to tylko możliwe. Nie chcę do końca życia wyrzucać obornika, doić krów i robić zagród dla zwierząt…
Nie wiedziałam, co mogę mu na to odpowiedzieć. Było mi go trochę żal, ponieważ jego rodzice, z tego co wiedziałam, od urodzenia tutaj mieszkali i zapewne przyzwyczaili się do takiego życia. Jednak znając młode pokolenie, które lgnie do miasta, Lucas był w pełni przeze mnie usprawiedliwiony. Życie na wsi to naprawdę ciężka praca, ale cóż można poradzić na swój własny los? Trzeba go zmieniać na miarę możliwości. A właśnie Lucas chciał go zmienić.
- Myślę, że masz rację. Sama ledwie czuje dłonie po rąbaniu tych gałęzi - uśmiechnęłam się, chcąc odrobinę rozluźnić napięcie, które zapanowało. - Może miałbyś ochotę kiedyś wpaść do nas? Na wakacje na przykład? Najpierw ja przyjadę tutaj ze znajomymi, a potem ty odwiedzisz mnie w Berlinie? Co ty na to? - nie wierzyłam własnym uszom, ze to powiedziałam. Zaprosiłam obcego chłopaka do mnie do domu na kilka dni. Byłam ciekawa co na to odpowie oraz co powiem mamie i jak ona na to zareaguje, kiedy dowie się, jakie to plany poczyniłam na tegoroczne lato. 

______________________________________
Zauważyłyście zapewne, że coś się święci. Czy Lucas zgodzi się na propozycję Carrie, to dowiecie się już w kolejnym odcinku. Niedługo także wróci Tom z Bułgarii, a główna bohaterka z powrotem do Berlina. Sama jestem ciekawa, jak się potoczą ich dalsze losy, ponieważ nie mam jeszcze żadnego konkretnego planu. Wszystko przyjdzie z czasem i też z czasem okaże się, czy Carrie i Tom uratują swój związek, który przecież był taki doskonały.
Mam nadzieje, że w dalszym ciągu będziecie chętnie czytać to opowiadanie.
Przypominam, że zaczęłam nadrabiać zaległości na FFTH i możecie podawać mi adresy swoich blogów, które chętnie poczytam. Wklejajcie linki w komentarzach pod tym postem, bądź w zakładce LINKI.
Pozdrawiam!

1 komentarz:

  1. Lucas zapewne się zgodzi, bo wiem, że będą z tego problemy miedzy, Carrie a Tomem, co mi się wcale nie podoba :D Jakby i bez niego mieli ich mało xd

    OdpowiedzUsuń