4 września 2012

028


Kiedy szliśmy w ciszy, która żadnemu z nas nie przeszkadzała, do głowy wpadła mi myśl, o której zapomniałam, a którą miałam wypowiedzieć już w progu mojego domu.
     - Mogłeś mi powiedzieć, jak mam się ubrać - syknęłam.
     - Co? - zapytał zdezorientowany.
     - Nie wiedziałam, co mam na siebie włożyć, bo nie raczyłeś mi powiedzieć, dokąd idziemy - odpowiedziałam niezbyt miłym tonem.
     - Och, przestań! - jęknął. - To, jak się ubrałaś nie ma przecież żadnego znaczenia!
     - Taa, jasne. Mogłeś wybrać jakąś restaurację pięciogwiazdkową, a ja mam na sobie jeansy i koszulę w kratę, bo tak mi doradził tata i będę wyglądać jak idiotka - powiedziałam na głos to, co najbardziej mnie martwiło. Nie chciałam wyglądać jak ostatnia ofiara, kiedy on zachwyci wszystkich wokół siebie swoim strojem, idealnie ułożonymi włosami i całą swoją osobą.
Ku mojemu zdumieniu, Kaulitz się zaśmiał, ale nic nie odpowiedział.
     - Z czego się tak cieszysz? - warknęłam.
     - Z ciebie - kiedy zobaczył moją rozeźloną minę, przestał chichotać i łaskawie wyjaśnił mi, co go tak rozśmieszyło: - Nie zabieram cię do żadnej ekskluzywnej restauracji, bo to jest do kitu. Nie zabieram cię też na żadne tańce, bo sam tańczyć nie umiem. Koszula i jeansy - spojrzał jeszcze na moje buty - i adidasy w zupełności wystarczą. Sama widzisz, że ja nie mam na sobie nic lepszego niż zwykłe spodnie i zwykła koszulka - uśmiechnął się.
Mimo wszystko ulżyło mi, bo naprawdę się nie spodziewałam, dokąd ten głupek może zechcieć mnie zabrać. Wizja restauracji odrobinę mnie przerażała, bo zwykle to pary chodzą do takich miejsc. Klub, w którym można było potańczyć nie wydawał mi się zły, ale oznaczałoby to, nie dość, że musiałabym spędzić kilka godzin, to jeszcze zmuszona byłabym z nim tańczyć.
     - Jesteś pewien? Jeśli mnie wkręcasz, to cię zamorduję - odpowiedziałam, a on znowu tylko się uśmiechnął i nic nie powiedział.

Szliśmy jeszcze kawałek, dopóki Bill, nie zatrzymał się przed małym budynkiem, oświetlonym w środku kilkoma lampkami. Wewnątrz siedziało kilka osób, ale większość lokalu była wolna. Można było rzec, że bar świecił pustkami.
     - Nigdy wcześniej nie widziałam tej knajpy - powiedziałam szczerze.
Weszliśmy do środka i zajęliśmy stolik przy ścianie.
     - Mało kto ją zauważa, ale podają tu najlepszą pizzę, jaką mogłabyś sobie wymarzyć.
Podeszła do nas niska, szczupła kelnerka. Miała różowe, proste włosy, a na sobie granatową koszulkę z białą czaszką oraz żółtą spódnicę nad kolana. Na nogach miała granatowe rajstopy i różowe trampki za kostkę. Całego stroju dopełniały różnego rodzaju ozdoby z motywami czaszek oraz biały fartuch.
     - Co podać? - zapytała dość niecierpliwym tonem. Chyba miała ciężki dzień, bądź niechętnie spędzała tutaj czas.
     - Poprosimy jedną dużą wegetariańską i dwie duże cole - powiedział Bill, jakby nie zauważając jej pełnego niechęci zachowania.
     - Na miejscu, mam rozumieć? - zapytała, robiąc balon z malinowej gumy do żucia, który zasłonił jej pół twarzy.
     - Tak - odrzekł Bill, nie zważając na jej zachowanie.
Dziewczyna poszła sobie, a ja nadal miałam przed oczami jej kolorowy strój.
     - Miła bardzo - stwierdziłam, chcąc nawiązać jakiś temat, bo cisza panująca między mną i chłopakiem, stawała się odrobinę niezręczna.
     - Nie jest taka zła. Kiedy ma lepszy dzień, jest milsza - chciał chyba powiedzieć coś jeszcze, ale się zawahał. Po chwili jednak dodał: - Ty z Tomem to tak na poważnie?
Nie ukrywałam, że zaskoczyło mnie jego pytanie. Sama nie wiedziałam, czy tak było.
     - Cóż… - zaczęłam. - Myślę… myślę, że tak.
     - Więc nie jesteś pewna? - tym razem on był zaskoczony.
     - No… eee… szczerze mówiąc, to nie. Niby jesteśmy razem, ale nie wiem czy go kocham naprawdę mocno, żeby wiązać się z nim tak na stałe - spuściłam wzrok, nie chcąc widzieć jego miny. Ale on chyba zrozumiał. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo powiedział bardzo spokojnym tonem:
     - Rozumiem. Też na początku nie byłem pewien uczuć do Samanthy. Ale z czasem dotarło do mnie, że jest dla mnie jedną z najważniejszych osób - uśmiechnął się do mnie szczerze. Chyba pierwszy raz, odkąd się znamy nie rozmawiałam z nim z chęcią mordu, bądź docięcia mu w jak najdotkliwszy sposób.
     - To takie piękne - powiedziałam.
     - Było - zaśmiał się. - Teraz nie jest już tak samo, ale wciąż jest mi bardzo bliska.
Wyczułam, że chłopak nie chce o tym rozmawiać, więc chciałam już zmieniać temat, kiedy ubrana na jaskrawo kelnerka przyniosła nam zamówienie. Podziękowaliśmy i zabraliśmy się za jedzenie. Podczas posiłku nie rozmawialiśmy na jakiś konkretny temat. Ja pochwaliłam tylko, że pizza jest naprawdę pyszna, a Bill kiwał głową i mówił, że przeważnie on ma rację.
Po około godzinie nie spieszenia się nigdzie skończyliśmy i oczywiście zaczęła się kłótnia o to, kto zapłaci za naszą kolację.
     - Schowaj ten portfel - powiedział stanowczo Bill.
     - Nie! Nie ma tak, że ty płacisz za wszystko - rzekłam, patrząc mu w oczy.
     - Właśnie, że jest - zaczął się kłócić.
     - Z tobą to chyba nie ma dyskusji, co? - zakpiłam. - Zawsze jest tak, jak ty chcesz!
     - Przeważnie - uśmiechnął się chytrze i pewnie myślał, że i tym razem tak będzie, ale nie odpuściłam tak łatwo.
     - To tym razem tak nie będzie. Albo płacimy po połowie, albo zapomnij, że się znamy - szantażowałam go. Chyba podziałało, bo przez chwilę patrzył w bok, a potem zwrócił swój wzrok z powrotem na mnie i powiedział:
     - Niech będzie.
Poprosił o rachunek kelnerkę i zapłaciliśmy po połowie, po czym wyszliśmy z knajpki, w której zostało już tylko kilku starszych mężczyzn, popijających piwo.
Staliśmy przez chwilę przed budynkiem, patrząc w niebo. Deszcz przestał padać i nie było już tak dużo chmur jak wcześniej; gwiazdy było widać bardzo dobrze, chociaż czasem natrafiało się na jakiś zbłąkany obłoczek.
     - O czym myślisz? - szepnął Bill, chyba nie chcąc zakłócać tej chwili.
     - O niczym. Mam umysł czysty, jak po praniu mózgu - uśmiechnęłam się i ruszyłam z miejsca, a chłopak obok mnie.
     - Chciałabyś jeszcze pójść ze mną na spacer? - zapytał.
     - Z miłą chęcią - znowu posłałam mu szczery uśmiech, a on go odwzajemnił i poprowadził w stronę parku.
     - Wiesz, że jeszcze pamiętam chwile, kiedy szczerze cię nienawidziłem? Strasznie mnie denerwowałaś. Nawet samą osobą. Kiedy tylko miałbym spędzać z tobą czas od razu pałałem niechęcią do Toma i reszty, bo to oni namawiali mnie do tego - zaśmiał się. - Teraz albo ty znormalniałaś, albo to ze mną było coś nie tak… no albo nadal jest.
Mimowolnie się zaśmiałam. Dobrze było słyszeć takie słowa z ust kogoś, kto jeszcze przed paroma godzinami był najbardziej znienawidzoną przeze mnie osobą na świecie. Ten wieczór z nim był naprawdę miły. Żadnych zobowiązań, bo on miał dziewczynę, ja chłopaka… Zwykły przyjacielski wypad na pizzę.
     - To miłe - odpowiedziałam. - Jeśli mam być szczera, to uważałam cię za najbardziej przemądrzałego człowieka pod Słońcem.
     - Och, niby dlaczego?! - oburzył się lekko.
     - Sama nie wiem… Może przez twoje zachowanie? Może przez tę niechęć, jaką okazywałeś samym sobą? - zaśmiałam się.
Dyskutowaliśmy na ten temat przez jakiś czas, a potem zmieniliśmy go na taki, który pasował nam obojgu - temat zespołu. Bill zwierzył mi się, że żaden klub nie chce ich przyjąć, choćby po to, by pokazali na co ich tak naprawdę stać.
     - Może powinniście pojeździć po Berlinie? - podsunęłam.
     - Myślisz, że nad tym nie myśleliśmy? - odpowiedział pytaniem. - Nie ma jednak w ogóle takiej opcji. Przecież każdy z nas chodzi do szkoły. Przeprowadziliśmy się z Tomem niedawno, a w dodatku to jest pierwsza klasa liceum.
Fakt. To było rozsądne.
     - Rozmawialiśmy jeszcze z Gordonem - ciągnął. - To nasz ojczym i on ma swój zespół. Był także nauczycielem muzyki w jednej ze szkół w Magdeburgu. Mieliśmy z nim lekcje, kiedy tam jeszcze mieszkaliśmy i to on zaraził Toma pasją do muzyki i nauczył go grać na gitarze. Teraz, kiedy się przeprowadził zajął się trochę zespołem i pracuje w jakiejś wytwórni…
     - To nie może wam zorganizować jakiegoś koncertu, przesłuchania…? - zdziwiłam się trochę. Przecież gdyby byli dla siebie obcy, to tak, ale skoro są rodziną?
     - Może, jasne, że może! - widocznie wyczuł pretensję w moim głosie. - Ale nikt nas nie chce przyjąć…
     - Jakie to cholernie trudne się wybić! - oburzyłam się.
     - Mnie to mówisz? - chłopak się zaśmiał i dalej rozmawialiśmy o innych możliwościach doprowadzenia zespołu do wielkiej sławy.

Doszliśmy w końcu pod mój dom. Nie patrzyłam na zegarek - nawet nie chciałam. W głębi serca jednak stresowałam się tym, że może jednak jest już po północy, a ja ciągle jestem z Kaulitzem i teraz patrzę się na niego z lekkim uśmiechem.
     - Było mi bardzo miło - powiedział cicho.
     - Mnie również. Mimo, że jeszcze przed wyjściem byłam na ciebie wściekła za to, że nie raczyłeś mi podpowiedzieć, jak mam się ubrać - uśmiechnęłam się.
     - Wybacz, ale wtedy nie byłoby żadnej niespodzianki.
     - Dobra, rozumiem - uspokoiłam go. - A teraz muszę już uciekać. Mama pewnie i tak będzie miała pretensje, że tak późno wracam do domu… Pewnie jest już grubo po północy - kiedy zaczął wyciągać komórkę, by sprawdzić godzinę, powstrzymałam jego rękę i powiedziałam szybko: - Nie! Nie mów mi która godzina, żeby nie zepsuć nastroju  - uśmiechnęłam się.
     - Jakiego nastroju? - zdziwił się.
     - Przyjaznego. Bez nienawiści i chęci mordu - wyjaśniłam, a on wybuchnął śmiechem.
Pożegnaliśmy się chwilę później buziakiem w policzek i przeszłam przez dróżkę pod dom, czując na sobie jego wzrok. Dopiero, kiedy otwierałam zamek w drzwiach kluczem, słyszałam szuranie butów po chodniku i wtedy się odwróciłam, ale on nie spojrzał w moją stronę.

1 komentarz:

  1. Jaki romantyczny spacer....awwwww. Podoba mi się, wzruszyłam sie jak nie wiem , aż mi się jakoś na sercu cieplej zrobiło. Ciekawa jestem co jest dalej , dlatego lecę czytać AlexK

    OdpowiedzUsuń