4 września 2012

018


Następnego dnia zmuszona byłam wstać bardzo wcześnie, bo o siódmej. Niestety dni wolne się skończyły i trzeba znowu przywitać szkołę. W sumie to w niemieckiej szkole owe dni były dość dziwnie ułożone, ale co będę narzekać na ferie. Od teraz miałam być uczennicą liceum humanistycznego w Berlinie. Bardzo odpowiadał mi ten profil, a do tego Anette też do niego uczęszczała, więc frajda jeszcze większa - przynajmniej jedna znajoma osoba w klasie.
Wstałam zatem o ustalonej godzinie, leniwie wyśliznęłam się z ciepłego łóżka i podpełzłam do szafy, stając naprzeciwko niej.
     - Znowu to samo - mruknęłam do siebie. - Nie mam pojęcia w co mam się ubrać.
Po dłuższym zastanowieniu, wybrałam ciemne rurki, białą, obszerną koszulkę i dużą czarną bluzę. Z tymi ubraniami weszłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic, by się nie spóźnić, pomalowałam się lekko i rozpuściłam włosy. W pokoju jeszcze wrzuciłam do torby odpowiednie książki, po czym zeszłam do kuchni. Mama przygotowywała mi kanapki do szkoły.
     - Nadal nie będziesz jadała śniadań w domu? - zapytała.
     - Yhym… - mruknęłam, upijając łyk soku pomarańczowego. - Muszę już iść. Trzymaj kciuki - uśmiechnęłam się, wzięłam kanapki i zakładając buty oraz kurtkę, wyszłam z domu.
Po drodze do szkoły, która oddalona była dwadzieścia minut drogi od mojego domu, włożyłam słuchawki w uszy i włączyłam muzykę w telefonie.
Wsłuchana w dźwięki zespołu Nightwish, doszłam do ogromnej szarej budowli, którą od tego momentu nazywać miałam ‘moją’ szkołą. Nie przestając słuchać muzyki, przeszłam schodami do wejścia, przekraczając próg budynku. W środku wyglądał jak zwykła, przeciętna szkoła, więc opisywanie jej jest zbędne. Skierowałam się do sekretariatu, znajdującego się po prawo od wejścia - tak głosiła tabliczka na brązowych drzwiach. Zapukałam, a gdy usłyszałam stłumione ‘proszę’ weszłam do środka, uprzednio wyłączając muzykę i chowając słuchawki do torby.
Za ogromnym biurkiem siedziała kobieta, na oko miała ze czterdzieści lat, z okularami na nosie i przyglądała mi się z zaciekawieniem.
     - Mogę ci w czymś pomóc? - zapytała; jej głos był aksamitny i wydawał się miły.
     - Tak. Nazywam się Carrie Simons i… - nie dała mi dokończyć.
     - Ah! To ty…
     - Eee… no tak. I przyszłam się zgłosić.
     - Mam dla ciebie legitymację, którą musisz podpisać - podała mi dokument, na którym złożyłam swój podpis.
Potem wręczyła mi plan, kluczyk do szafki i zaprowadziła do dyrektora. Ten był jakimś pięćdziesięcioletnim mężczyzną, ubranym w garnitur pochodzący chyba od najdroższego projektanta. Pan Bart, bo tak się nazywał, poszedł ze mną do klasy, gdzie akurat moja grupa miała matematykę. Mężczyzna zapukał, otworzył drzwi, a moim oczom ukazała się jakaś dwudziestoosobowa grupa uczniów, patrzących na mnie z zaciekawieniem. Byli wśród nich moi znajomi, jednak nie było tam Gustava i Georga.
Matko! Jaka ja jestem głupia, przemknęło mi przez myśl. Przecież oni są od nas starsi. A właśnie… Georg w tym roku ma pisać maturę…
     - Dzień dobry - odezwał się dyrektor, który wyrwał mnie z zamyślenia. - Przepraszam, że przeszkadzam w prowadzeniu lekcji, ale przyprowadziłem nową uczennicę.
     - Nie szkodzi. Dziękuję - nauczycielka uśmiechnęła się i zwróciła do mnie: - Przedstaw się klasie, proszę i powiedz coś o sobie.
     - Carrie Simons. Moje zainteresowania to muzyka i literatura - powiedziałam jakby od niechcenia.
     - Usiądź sobie z Billem na razie. Kiedy wróci Samantha będziesz siedzieć z kimś innym. Tylko nie rozmawiajcie.
Chciałam wyrazić moją niechęć co do jej decyzji, ale powstrzymałam się i usiadłam obok Kaulitza. Mimo, że zakopaliśmy topór wojenny to ja wciąż za nim nie przepadałam.
     - Cześć - szepnął do mnie z uśmiechem.
     - Hej - rzuciłam tylko i wyjęłam książki oraz zeszyt, służący do tego, by okazywać nudę na lekcjach.
Całą matematykę przesiedziałam. Rysując coś w owym zeszycie i nie reagując na jakiekolwiek zaczepki ze strony mojego towarzysza z ławki.
     - Jak ci się nudzi, to idź do odpowiedzi - odezwałam się w końcu.
     - Czemu nie chcesz ze mną gadać? - rzucił z pretensją.
     - Bo jest lekcja - syknęłam.
Do końca matematyki siedziałam cicho; Bill zaczepiał jakąś dziewczynę, siedzącą w ławce przed nami. Była całkiem ładna i chętna do rozmowy, a na imię miała chyba Caroline.
Zadzwonił dzwonek i w końcu lekcja się skończyła. Podążyłam za klasą pod następną salę, wzrokiem wyłapując Anette, idącą z Georgiem, który pojawił się znikąd. Nie chcąc im przeszkadzać, zaczepiłam Toma.
     - Cześć - walnęłam go w ramię.
     - O, hej - uśmiechnął się i pocałował w policzek, ku mojemu zdumieniu. - Masz wolny wieczór? - zapytał.
     - A chcesz mnie zaprosić na randkę? - zażartowałam.
     - Owszem. Przyjdę po ciebie o siedemnastej.
     - Okej. A dokąd mnie zabierasz?
     - Na spacer. Może być?
Zgodziłam się i rozmawialiśmy jeszcze, do momentu, w którym doszliśmy pod salę historyczną. Gdy dzwonek zadzwonił, przyszedł nauczyciel i wpuścił nas do klasy, rozpoczynając kolejne nudne zajęcia.
I tak minęła mi większość dnia. Od szkolnej rutyny ratowało mnie jedynie wieczorne wyjście z Tomem. Zastanawiało mnie jedynie to, dlaczego nagle z tym wyskoczył…

W domu byłam przed szesnastą. Zjadłam obiad, zostawiony przez mamę w lodówce, w pokoju odrobiłam lekcje i zadzwoniłam do Anette, by jej się poradzić.
     - Tak? - odezwała się, podnosząc słuchawkę.
     - Cześć. Mam do ciebie nietypową sprawę… - zaczęłam.
     - Wal. Jeśli jesteś w ciąży, załatwię ci aborcję u mojego wujka - powiedziała poważnie, a po chwili obie się zaśmiałyśmy.
     - Nie chodzi mi o to… Po prostu Tom zaprosił mnie dzisiaj na spacer - wypowiedziałam jednym tchem.
     - Yyy… ale co w tym dziwnego?
     - No sorry… wyskoczył z tym ot tak…
     - I co z tego? Kolega zaprosił cię na spacer. Przejdziecie się, pooglądacie gwiazdy, on odprowadzi cię do domu i do wyra.
     - Jesteś pewna, że Tom miał na myśli koleżeński wypad? - chciałam się upewnić.
     - No… yyy… chyba tak. Jednak jeśli będzie chciał cię pocałować, to może znaczyć, że cię bardzo lubi… - westchnęłam, a Anette dalej kontynuowała: - Tak w ogóle to czemu o to pytasz? Podoba ci się Tom czy co?
     - Nie… znaczy jest fajny, ale nie czuję do niego nic więcej prócz przyjaźni.
     - Aha… No ale gdyby coś ci się odwidziało to dawaj mi znać - zaśmiała się.
     - Na pewno ci powiem wszystko - zapewniłam. - W takim razie kończę i się idę ubierać.
Zakończyłyśmy rozmowę i podeszłam do szafy w celu znalezienia czegoś godnego założenia. Wybrałam jasne rurki, biały top na ramiączkach i gruby, czarny sweter, bo na dworze było mroźno.
Odświeżyłam się w łazience, przebrałam i zrobiłam delikatny makijaż, podkreślając oczy. Wychodząc z pomieszczenia, spojrzałam na zegarek, który wskazywał równo 17:00. Zeszłam więc na dół i zostawiłam w kuchni wiadomość dla rodziców:

,,Wychodzę z Tomem na spacer. Nie wiem kiedy wrócę.”

Przykleiłam karteczkę na lodówce akurat wtedy, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyłam, a w progu zobaczyłam starszego Kaulitza z szerokim uśmiechem na twarzy.
     - Hej - powiedział i, kolejny raz tego dnia, dał mi całusa w policzek. - Ładnie wyglądasz.
     - Dzięki. Ty też - uśmiechnęłam się.
     - Możemy iść?
     - Tak, założę tylko buty - ubrałam się do końca i wyszłam z chłopakiem na mróz.

Było ciemno, a ulice oświetlone jedynie latarniami dawały przyjemny nastrój. Szliśmy obok siebie, nie odzywając się. Mróz szczypał w policzki, a gruby sweter i kurtka nie dawały zbyt dużo ciepła, więc zaczęłam się delikatnie trząść.
     - Zimno ci - bardziej stwierdził niż zapytał.
     - Aj tam… tylko trochę - uśmiechnęłam się.
     - Ładnie tutaj nocą, prawda? - zmienił temat.
     - Oj tak - przytaknęłam. - Masz dziewczynę? - wypaliłam po chwili, a Tom zaskoczony aż stanął w miejscu.
     - Yyy… nie… a co? - wydukał.
     - No tak tylko pytam. Chciałam wiedzieć - załagodziłam trochę.
     - Okej - uśmiechnął się. - Może wrócimy już? Cała się trzęsiesz.
     - Bo mnie nie ogrzewasz - zażartowałam.
     - Nie wiedziałem czy mogę.
     - Było zapytać.
     - Dobra… Więc mogę cię ogrzać? - rozłożył ramiona, uśmiechając się słodko.
Podeszłam do niego i się przytuliłam. Było mi naprawdę ciepło. Nie miałam pojęcia czy on założył sobie grzejnik czy co, ale naprawdę biło od niego takie przyjemne ciepło, że nie chciałam, by wypuszczał mnie z ramion.
     - Jesteś gorący - mruknęłam.
     - Wiem - zaśmiał się. - Wracamy?
     - Czekaj. Jeszcze trochę - przytuliłam się do niego bardziej, rozkoszując się przyjemnym ciepłem i zapachem jego perfum.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz