4 września 2012

013


Wstałam około dziesiątej, wypoczęta, jak nigdy dotąd i od razu powędrowałam ze świeżymi ubraniami do łazienki. Odświeżyłam się, czyli to, co zwykle i wróciłam do pokoju. Pomyślałam, że trzeba tu w końcu posprzątać, a potem wezmę się znowu za szukanie jakiegoś klubu, bo przecież zakład to zakład, a randki z Billem nie chciałam.
Sprzątanie zajęło mi jakieś dwie godziny. Kiedy skończyłam, przyszła Anette.
     - Przybywam z pomocą - powiedziała z uśmiechem i poszła do salonu, jak zwykle rozwalając się na kanapie.
     - Miło z twojej strony. Przyniosę laptopa.
Wróciłam z urządzeniem i od razu zabrałyśmy się do pracy. Szło nam bardzo ciężko, aż w końcu po trzech godzinach ciągłego gapienia się w ekran, odpuściłyśmy sobie.
     - To nie ma sensu! - jęknęłam.
     - No nie przesadzaj. Na pewno coś się znajdzie. Może nie w ten sposób powinnyśmy szukać? - zamyśliła się.
     - Co masz na myśli?
     - To, że może lepiej byłoby przejść się po ulicach… Może wiszą jakieś ogłoszenia?
     - I to niby coś da?
     - Warto spróbować… no chyba, że widzi ci się randka z Billem… - szantażowała mnie z tym głupim uśmieszkiem.
     - I na co czekasz?! Idziemy! Zbieraj się! - krzyknęłam i ruszyłam do przedpokoju.
Ubrałyśmy się i wyszłyśmy na ulicę. Chodziłyśmy tak po mieście, wypatrując jakichkolwiek ogłoszeń, ale na próżno - nikt nie potrzebował zespołu.
Czułam, że randka z Billem jest nieunikniona. Już chciałam do niego dzwonić i ustalać termin spotkania… To naprawdę był akt desperacji. Na szczęście Anette w porę mnie powstrzymała, bo nie wiem jak bym się zbłaźniła. No ale prędzej czy później i tak będę musiała do niego zadzwonić i oznajmić, że jednak aż tak wszechmocna to nie jestem. Trudno się mówi. Raz jest się panem całego świata, a raz ktoś inny zrównuje cię z ziemią. I w moim przypadku nieuchronnie zbliżało się to drugie. A mogłam się nie zakładać! Przecież łatwiej byłoby gdybym zrobiła im jakąś niespodziankę. Ale nie! Ja muszę się zawsze w coś wpakować i zbłaźnić. Ale dlaczego akurat Bill?! A nie na przykład Tom czy Gustav?! Oni są o niebo lepsi od Billa. No może nie pod względem wyglądu (bo osobiście Bill jest według mnie jedyny w swoim rodzaju - uwielbiam jego styl), ale zachowania. Przecież Tom jest o wiele zabawniejszy i bardziej przyjaźnie nastawiony do mnie niż jego brat. Albo Gustav. Jego bardzo lubię ze względu na to, że jest taki nieśmiały. I to jest fajne.
Między innymi dlatego nie lubię Billa. Bo ten to jakiś wybryk natury pod względem zachowania. Jakby nie mógł przynajmniej udawać, że mnie lubi, bądź najzwyczajniej w świecie spróbować mnie polubić, albo nawet też zaprzestać tych swoich głupich uwag.
Jak ja bym chciała, by mój sen z tym sosem się spełnił! To by było dla mnie coś pięknego! Może kiedyś wypróbuję ten patent na Kaulitzie; o ile znajdzie się okazja… A randka niestety się zbliża.
Wiem!
Jeśli na tymże właśnie spotkaniu z Billem, ten człowiek będzie zachowywał się tak, jak do tej pory to na sto procent, a nawet więcej, wywalę mu jedzenie na koszulkę. Postanowione. Trzeba to zakodować w pamięci, by nie uleciało.

Krążyłyśmy jeszcze z Anette po Berlinie, ciągle wypatrując jakichkolwiek ogłoszeń, ale na próżno.
     - Chyba jednak nici z występu - skrzywiłam się.
     - Nie poddawaj się! Znajdziemy ten cholerny klub! Nawet jeśli miałybyśmy szukać do końca świata - tej dziewczyny niczym chyba nie można zniechęcić.
     - Więc mam nadzieję, że masz dobre i wygodne buty, bo będziemy tu krążyć bardzo długo - odpowiedziałam.
     - Ah, przestań! - skarciła mnie. - Jeśli nie dzisiaj to jutro, pojutrze, w przyszłym tygodniu… Znajdziemy ten klub.
     - Sama w to nie wierzysz - zaśmiałam się.
     - A właśnie, że wierzę - oburzyła się. - Trzeba walczyć za wszelką cenę o to, co się chce zrobić. A jeśli nasza walka będzie przepełniona trudem, to na milion procent się uda - zapewniała.
     - Powiedzmy, że ci wierzę… - przytaknęłam. - Ale powiedz mi, ty wszechwiedząca istoto, co my niby możemy jeszcze zrobić? - zapytałam. - Szukałyśmy w Internecie na wszystkich możliwych stronach, a teraz łazimy po mieście szukając ogłoszeń… I jakieś efekty widzisz? Bo ja nie.
Czekałam, aż przyjaciółka mi odpowie, ale ta tylko stała naprzeciwko mnie, patrząc w jakiś punkt ponad moją głową i w pewnym momencie się uśmiechnęła. Nie wiedziałam o co jej chodzi, więc zadałam pytanie:
     - Co się tak uśmiechasz?
     - Obawiam się, że z randki twojej i Billa nici - odpowiedziała, a ja nadal nie rozumiałam.
     - Jaśniej proszę.
     - Nie wiem czyja to zasługa, ale nasze prośby zostały wysłuchane - myślałam, że ją trzepnę! Anette chyba spostrzegła, że jestem gotowa użyć siły, by powiedziała mi o co jej chodzi. - No już mówię, nie patrz tak na mnie… Odwróć się i spójrz na szyld tego budynku - poleciła, a ja wykonałam polecenie.
Obróciłam się na pięcie i szukałam wzrokiem owego szyldu. Nie od razu rzucił się w oczy, ale po dobrym przypatrzeniu się dostrzegłam szyld wielkości kartki A3, wiszący na drzwiach jakiegoś budynku. Okazało się po chwili, że to jakiś klub, jeszcze nie otwarty, a na plakacie było napisane:

‘’Poszukujemy młodych talentów!
Osoby młode i utalentowane, posiadające jakieś zdolności muzyczne, proszone są o kontakt. Wybierzemy kogoś, kto wystąpi na otwarciu nowego klubu!
Zapraszamy na przesłuchanie dnia 20.01.2012 o godzinie 10:00
Zgłoszenia przyjmujemy do 16.01.2012 do godziny 17:00”

Patrzyłam na te kilka zdań z szeroko otwartymi ustami i nie mogłam uwierzyć w nasze szczęście. Przecież to naprawdę jakiś cud!
     - Nie mogę uwierzyć! - krzyknęłam.
     - To lepiej uwierz i chodź się zapisać, bo przecież stojąc tu nie załatwimy chłopakom występu - powiedziała i pociągnęła mnie za sobą w stronę budynku.    
Na całe szczęście jeszcze było otwarte. W środku wszystko było w odcieniach szarości i czerwieni. Na lewo od wejścia były drzwi, na których było napisane ‘zarządzanie’. Zapukałyśmy tam, a kiedy rozległo się ‘proszę’, otworzyłyśmy drzwi i przekroczyłyśmy próg pomieszczenia.
Ono było w odcieniach brązu; urządzone jak zwykły gabinet. Biurko, kilka krzeseł, regał i na tym skończyło się całe umeblowanie. Za biurkiem siedział mężczyzna, na oko miał może ze czterdzieści lat. Kiedy nas ujrzał, wstał z fotela i podszedł, podając dłoń i przedstawiając się:
     - Witam panie, nazywam się John Wagen - głos miał niski i melodyjny. Włosy krótkie, ciemne, a na sobie szary garnitur.
     - Dzień dobry - powiedziałam. - Ja jestem Carrie Simons, a to moja przyjaciółka Anette Jonson - przedstawiłam nas.
     - Czym mogę służyć? - zapytał, zapraszając nas, abyśmy usiadły.
     - Przychodzimy w sprawie tego ogłoszenia, które wisi na drzwiach. Chciałyśmy zgłosić naszych przyjaciół do przesłuchania.
     - A przyjaciele nie mogli sami? - zaśmiał się mężczyzna.
     - Powiedzmy, że ja jestem zobowiązana załatwić im występ - odpowiedziałam.
     - Ah, no dobrze. Więc proszę podać mi jakieś informacje o waszych znajomych - Wagen wyciągnął kartkę i długopis z szuflady, po czym pytał o różne rzeczy. - To zespół?
     - Tak.
     - Ilu członków? I nazwiska.
     - Czterech. Georg Listing, Gustav Schafer, Bill Kaulitz oraz Tom Kaulitz.
     - W jakim wieku?
     - Od siedemnastu do dziewiętnastu lat.
     - Jaką muzykę grają?
     - Rockową.
     - Nazwa zespołu?
     - Devillish.
     - Jaka? - mężczyzna przerwał pisanie i spojrzał na nas zdziwiony.
     - Devillish - powtórzyłam.
Wiedziałam, że tak będzie, pomyślałam. Dlaczego ludziom przeszkadza ich nazwa?!
Miałam nadzieję, że Wagen nie będzie taki powierzchowny i nie odrzuci chłopaków od razu. Przecież oni grają świetną muzykę!
     - Dość nietypowa nazwa… - zaczął.
     - Ale mogę pana zapewnić, że chłopcy tworzą naprawdę świetną muzykę! Niech im pan da szansę! - prosiłam.
     - Prosimy o choćby przesłuchanie! - dodała Anette. - Jeśli się panu nie spodobają to trudno, ale warto spróbować! Nic pan nie straci!
Zapadło milczenie, które było chyba najgorsze w moim życiu. Tyle czasu poświęconego na szukanie jakiegoś klubu nie może teraz pójść na marne! Ten człowiek nie może nie dać szansy chłopakom!
Zdawać by się mogło, że cisza trwała bez końca. Wagen zastanawiał się uporczywie nad tym, co ma zrobić; widziałam w jego oczach niepewność.
Kiedy ogłosił swoją decyzję, serce niemało wyskoczyło mi z piersi… ze szczęścia.
     - Dobrze, zgadzam się. Przyjdźcie wraz z chłopakami 20 stycznia na przesłuchanie - powiedział z uśmiechem.
     - Naprawdę panu dziękujemy! - krzyknęłam, ściskając jego rękę.
     - Nie pożałuje pan tej decyzji - dodała Anette.
     - Mam nadzieję - rzekł Wagen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz