4 września 2012

004


Ostatni dzień szkoły przed feriami, a ostatni w trakcie mojego pobytu w Polsce, zaczął się najlepiej, jak tylko mógł. Kiedy wstałam, jak zwykle około szóstej, przywitał mnie chłód, wdzierający się przez uchylone okno oraz mnóstwo śniegu na zewnątrz. ŚNIEG! W końcu się doczekałam! Wyszykowałam się szybko do szkoły i mając nadzieję, że jakoś uda mi się namówić mamę na to, bym jednak tam nie poszła, zeszłam do kuchni. Moja rodzicielka siedziała przy stole i czytała poranną prasę, popijając czarną kawę.
     - Widziałaś co się dzieje na dworze? - zapytałam lekko się uśmiechając.
     - No śnieg. I co w związku z tym? - zachowywała się tak, jakby słowo ‘śnieg’ było tak samo ważne jak inne. A przecież ŚNIEG to coś pięknego…
     - I ja bym chciała zostać z tego powodu w domu…
     - Ponieważ? - ciągnęła, tym razem jednak na mnie patrząc.
     - W Niemczech może go nie być, a ja chcę się nacieszyć! -jęknęłam.
Mama milczała przez dłuższą chwilę, a potem powiedziała głosem obojętnym, jaki miała wcześniej:
     - A jak tam chcesz.
     - Serio?! - krzyknęłam.
     - Tsaa… - przytuliłam ją, poczym wybiegłam na dwór.
Biegałam jak głupia po ogrodzie pośród śnieżycy i zachowywałam się jak małe dziecko. Kiedy już trochę zmarzłam, wróciłam do domu, gdzie zastałam mamę w tym samym pomieszczeniu oraz w tej samej pozycji z tą samą gazetą.
     - Chodź ze mną ulepić bałwana! - poprosiłam.
Rodzicielka spojrzała na mnie jak na wariatkę, a potem wróciła do poprzedniej czynności.
     - Nie jesteś już małą dziewczynką i nie przynoś mi wstydu. Lepiej idź jeszcze się przespać.
     - No proszę! Jest dopiero ósma! Wszyscy śpią i nikt nas nie zauważy!
Mama tylko spojrzała na mnie jak na idiotkę i wróciła do czytania gazety.
Nie, to nie, pomyślałam i poszłam do swojego pokoju. Rzuciłam się na łóżko, biorąc na kolana laptopa i zaczęłam szperać w Internecie. Jakoś mi się przypomniało, że Anette prosiła mnie o obejrzenie filmików z piosenkami zespołu tego jej Toma. Jak oni się zwą? Devillish?
Tak, chyba tak. Zatem wystukałam na stronie youtube.com nazwę tegoż zespołu i pojawiło mi się kilka propozycji, które mogę obejrzeć.
Nothings’s like before
It’s so hard to live
I jeszcze parę innych. Wysłuchałam wszystkich po kolei i stwierdziłam, że są całkiem nieźli. Wrzuciłam więc sobie na iPoda kilka ich kawałków, które mi się spodobały i wyłączyłam komputer. Nudziłam się jak mops. Przez całe przedpołudnie nie robiłam nic, oprócz przemieszczania się z salonu do kuchni, po coraz to inne produkty spożywcze (najwięcej było żelków), które od razu lądowały w moim żołądku. Jak tak pociągnę przez resztę ferii, to chyba będę wyglądać jak wieloryb. Albo orka. Takie wielkie rybsko leżące na kanapie i objadające się wszystkim, co tylko wpadnie w ręce. Kiedy to sobie wyobraziłam, przeraziłam się tą wizją i od razu odrzuciłam paczkę chipsów, trzymaną w dłoni. Postanowiłam się trochę rozruszać.
Założyłam grubszą bluzę, związałam włosy w kucyk, wzięłam iPoda i wyszłam na dwór. Padał śnieg. A miałam kolejna wizję, mianowicie: ja plus rower i park.
Jednak mi to nie wyjdzie.
No trudno. Jak nie rower to… spacer! Tak! Może być. Spojrzałam na swoje buty - no tak, miałam na nogach adidasy, a tu śnieg. Wróciłam więc do domu i zajęłam się szukaniem odpowiedniego obuwia na taką pogodę. Znalazłam jedynie moje stare glany, które idealnie nadawały się na chodzenie po śniegu, tyle, że bałam się je zniszczyć. To jednak były moje ukochane buty. Czy warto poświęcać je dla swojego zdrowia, figury i radości?
Zastanawiając się przez chwilę, doszłam do wniosku, że tak.
Buty sobie kupię drugie, a płaskiego brzucha nie. No chyba, że dam się pokroić. Jednak nie chciałam.
Założyłam więc czarne glany na nogi, opatuliłam się w kurtkę, czapkę, szalik i wyszłam z domu.
A właśnie, mamy nie widziałam. Może gdzieś poszła…
Zamknęłam więc dom na klucz i wyszłam na spacer. Łaziłam po parku bardzo długo, rozmyślając o wszystkim i o niczym. Kiedy zrobiło mi się zimno, czyli tak około drugiej po południu, to wróciłam do domu i już zastałam mamę, siedzącą w kuchni i popijającą herbatę.
     - Gdzie byłaś? -zapytała.
     - Łaziłam po parku - wyjaśniłam i również nalałam sobie napoju.
     - Aha - powiedziała tylko, a ja przyglądałam jej się z zaciekawieniem.
Niby miała około trzydziestu lat, a na tyle nie wyglądała. Długie, brązowe loki opadały jej na ramiona, a zielone oczy wpatrywały się w gazetę śledząc tekst. Melanie - tak jej na imię - ubrana była w zwykły dres, ale i tak wyglądała super. Nie wiem, jak to robiła, ale we wszystkim było jej do twarzy. Idealnie pasują do siebie z tatą - Philipem. Ona - zawsze piękna i zadbana; mimo, że urodziła córkę, to nie widać było tego po niej. On - przystojny facet, około czterdziestki. Idealne małżeństwo.
Tylko mnie im brakowało do szczęścia, więc zrobili sobie dzidzię. Tylko im chyba odrobinę nie wyszłam, bo wydaje mi się, że pragnęli słodkiej dziewczynki o blond włoskach, która uwielbiałaby różowy kolor i lalki.
Lecz ja jestem inna i jestem z tego cholernie dumna. Czarny - to moja barwa, która mnie wyraża, a dopełniają ją czerwień i biel. Zamiast blond włosów odziedziczyłam po mamie ciemnobrązowe, gęste loki, a lalkami nie bawiłam się zbyt często. W dzieciństwie wolałam oglądać kanały muzyczne, bądź przytulać misie. To z pluszakami  zostało mi do teraz.
Dobrze mi z moją innością i nie zamierzam tego zmienić już nigdy w życiu. Do szczęścia mi natomiast brakuje… nie wiem sama czego. Może własnego zespołu? Tak jak znajomym Anette. Devillish… Hmm… nazwa niezbyt przyjemna… Nawet nie mam pojęcia dlaczego zaczęłam teraz o nich myśleć. Nie było w nich nic ciekawego. Może jedynie wygląd.
Wokalista - z tego co zapamiętałam to miał na imię Bill. Ale jego śmieszna fryzura bije wszystkie inne na głowę. Była taka… kosmiczna. ‘Postrzelony prądem jeż’ - tak jakiś antyfan napisał pod filmikiem. Jednakże chyba teraz ma inną; Anette coś wspominała...
Za to jego brat… niby taki zwykły chłopak - dredy, luźne ciuchy, kolczyk w wardze… co to jest? Ale był uroczy. Przynajmniej na zdjęciu miał taki uśmiech.

Za bardzo się rozmarzyłam. Nie zauważyłam nawet, że mama przestała czytać gazetę i teraz robiła sobie herbatę.
     - Chcesz też? - zapytała, kiedy spostrzegła, że oprzytomniałam.
     - Noo - wydusiłam tylko i czekałam na napój.
Kiedy piłyśmy herbatę, trochę rozmawiałyśmy; powiedziałam mamie, że pokłóciłam się z Anette, ale już doszłyśmy do porozumienia, a ona poprosiła, bym następnym razem poinformowała ją o tym, że mam jakieś problemy; wtedy ona mi pomoże. Co miałam zrobić? Obiecałam jej, ale nie wiem, czy będę w stanie dotrzymać danego słowa. Do tej pory miałam tylko Anette i Julię, by się jakoś wygadać, chociaż trochę, a teraz mama wyskakuje mi z takim tekstem… Może zacznie mnie jakoś inaczej traktować? Nie jak dorosłą osobę, która poradzi sobie sama z własnymi problemami, a jak nastolatkę, która nie wie co ma zrobić ze sobą i z własnym życiem… Byłoby fajnie.
Po wypiciu napoju mama poszła oglądać telewizję, a ja do swojego pokoju. Nie miałam nic do roboty, więc się zdrzemnęłam. W końcu wstałam bardzo wcześnie…

Obudziłam się około osiemnastej. W pokoju panował półmrok, więc zapaliłam lampkę nocną, która stała na szafce przy łóżku. Obok niej leżała moja komórka, toteż z nudów zdecydowałam, że trochę na niej pogram. Nie robiłam tego od wieków…
Kiedy odblokowałam klawiaturę, ukazały mi się dwie nieodebrane wiadomości; obie od Anette.

Hej, co u Ciebie? Ostatnio rzadko ze sobą gadamy… Mam nadzieję, że nie gniewasz się na mnie za to, co powiedziałam.

Sądząc po tym, że się nie odzywasz, to pewnie się obraziłaś… Ale proszę, żebyś chociaż napisała mi sms-a… Tak, czy nie?

Wystukałam szybko odpowiedź:

Nie obraziłam się. Wyjaśniłyśmy sobie wszystko przecież, a nie odpisałam, bo po prostu zdrzemnęłam się i dopiero wstałam. U mnie w porządku. Spadł śnieg w końcu, z czego jestem bardzo szczęśliwa, nie byłam dzisiaj w szkole z tego względu, a mama chyba zmienia do mnie nastawienie. Zaczyna się o mnie martwić. A u Ciebie co?

Nie musiałam długo czekać, by przyjaciółka mi odpisała.

Jaka ulga! Jeszcze raz Cię za tamto przepraszam, ale nie chciałam Cię okłamywać. Naprawdę trudne są dla mnie nasze rozstania… U mnie okej. Jestem teraz na pizzy z Billem, Tomem, Gustavem, Georgiem i Alex. Jest ekstra!

Nie przejmuj się. Na Twoim miejscu pewnie zachowałabym się tak samo. Kocham Cię i nie zapominaj nigdy o tym.
To nie będę Wam przeszkadzać. Bawcie się dobrze, a wrażenia mi kiedyś opowiesz.

Nie! Nie przeszkadzasz! I tak się trochę już nudzę, bo chłopaki od jakichś trzydziestu minut rozmawiają tylko o tym, żeby razem zacząć tworzyć muzykę… To mnie już odrobinę irytuje…
Ja też Cię kocham bardzo, bardzo mocno.

Więc teraz będzie ich czterech? Wiesz, słuchałam ostatnio kawałków Devillish i spodobały mi się.

Naprawdę?! To super! 

Po kilku minutach dostałam drugą wiadomość.

Tutaj Bill. Anette powiedziała, że spodobały Ci się nasze utwory (moje i Toma). Bardzo nam miło, że mamy kolejną fankę ;)

Skąd taka pewność, że już jestem Waszą fanką?

No, bo przecież mówiłaś, że Ci się spodobały, tak? Więc z tego wywnioskowałem, że nas lubisz… Znaczy naszą muzykę.

Ale się zestresowałeś! Żartowałam. Naprawdę super są Wasze utwory, więc możecie mnie dopisać do listy Waszych fanek ;)

Nie rób rak więcej, bo dostanę zawału. 

Dobra, przepraszam. Daj telefon Anette, bo chcę do niej zadzwonić.

Nie czekałam, czy mi odpisze, czy nie, tylko wystukałam numer przyjaciółki, który znałam na pamięć i wcisnęłam zieloną słuchawkę.
     - Halo? - to nie był głos dziewczyny, tylko jakiegoś chłopaka.
     - Przepraszam, to pewnie pomyłka - powiedziałam szybko.
     - Nie! To numer Anette. Nie oddałem jej komórki - prawie krzyknął.
     - Yy… Bill? - chciałam się upewnić.
     - Owszem - niemal czułam, że się uśmiecha.
     - Oddaj telefon Anette, proszę.
     - Nie ma jej.
     - Jak to?
     - Poszła do toalety, a ja skorzystałem z okazji i wymknąłem się na sekundę, by z tobą porozmawiać - wyjaśnił.
Chyba miał trochę za długi język. Normalny człowiek nie wygadałby się ze swojego planu obcej osobie, prawda?
     - O czym? - zapytałam chcąc mieć to już za sobą.
     - A tak o… O czym zechcesz.
     - Mam mało pieniędzy na koncie, poza tym mało czasu i nie mam ochoty marnować tego na zabawy jakiegoś kolesia, z którym rozmawiam po raz pierwszy - rzekłam ostro.
Może zbyt ostro, bo się nie odezwał.
     - No dobra, niech ci będzie - powiedział oburzony i się rozłączył.
No ROZŁĄCZYŁ SIĘ! Ugh! Już nie lubię tego typa!
Zdenerwowana odłożyłam komórkę i wzięłam pamiętnik, w którym zapisałam:

5 stycznia
Śnieg! W końcu! Czekałam na niego tyle czasu, a on się dzisiaj pojawił! Jestem taka szczęśliwa z tego powodu! 
Ale zarazem też wściekła.
Najpierw pisałam z Anette (nie jest na mnie zła!), potem z Billem. Ten koleś jest jakiś dziwny. Mimo, że wymieniłam z nim kilka sms-ów, a potem rozmawiając stwierdzić mogę, że go nie lubię. Dziwny jest. 
Chociaż piosenki jego i Devillish są super! Może tylko w piosenkach potrafi pokazać to, co lubię. Tę energię, pasję, miłość do muzyki i wszelkie uczucia zawarte we wszystkich utworach… To jest piękne. Jednak jego prawdziwa twarz nie jest zbyt przyjazna. Nie wiem nawet, czy chcę go bliżej poznać. Oblicze Billa z Devillish jest o wiele bardziej interesujące niż tego, którego po części poznałam podczas rozmowy telefonicznej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz